MuzyGa.pl - lubelski informator imprezowy

Wywiad z Wojtkiem Bednarczykiem

dodano: 10-04-2006 | autor: platimati

Wojtek Bednarczyk, czyli dj Boombel, czyli dj Alan White, to jedna z osób które wpłynęły na zainteresowania muzyczne wielu osób. Postanowiłem wybrać się do radia Centrum i przeprowadzić wywiad z Wojtkiem podczas jego audycji (Reakcja Techniczna).

Od czego zaczęła się twoja przygoda z radiem i jak trafiłeś do Centrum FM?
- Moja cała przygoda rozpoczęła się od muzyki elektronicznej, ponieważ dawno, dawno temu z niejakim Arturem Giordano, dość już znanym muzykiem, piszącym muzykę do filmów, reklam, założyliśmy zespół a wszystko zaczęło się od fascynacji grupą Depech Mode.
Alan White Tworząc sobie muzyczkę na syntezatorach i komputerach w 1991 r. powstał nasz zespół. I tak, po prostu graliśmy sobie. Pewnego dnia jeden z naszych znajomych przyszedł do nas i zapytał się czy nie bylibyśmy w stanie zrobić jingli do radia bo będzie powstawało radio – chodziło o radio Puls. Więc oczywiście, bardzo chętnie tym bardziej, że można było coś zarobić. Na kilkanaście jingli kilka zostało wybranych, przez to po raz pierwszy nawiązałem współpracę z radiem. Dostaliśmy propozycję robienia muzyki pod reklamy, dostaliśmy swoje pomieszczenie i tak właśnie zaczęła się prawdziwa przygoda z radiem.
W międzyczasie ten nasz zespół rozwiązał się, a ja tak bardzo chciałem zostać w radiu, że jakby prawie na siłę próbowałem tam wkręcić się, grać jakieś programy, przyuczać się, no i tak powolutku, powolutku zacząłem najpierw zapychać dziury a potem już grać normalnie, mieć swoje programy. Miałem okazję grać „El Rocka”, który był jakby kultowym programem w tamtych czasach.
Potem był czas kiedy do radia Puls wkroczyli ludzie z radia Rytm to tak jakby do radia rockowo-undegroundowego wkroczyli chłopcy z manieczek. Niestety wtedy radio rozpadło się, w tym sensie że wszyscy porozjeżdżali się, wymieniona została kadra. Ja dostałem propozycję wyjazdu do Radomia, tam otwierało się nowe radio, m.in. kilka osób z radia Puls też tam pojechało i wspólnie tworzyliśmy radio przez osiem miesięcy. W międzyczasie jeszcze, będąc w Radomiu wyjechałem do Białegostoku na dwa miesiące, tam też otwierało się radio. Śmialiśmy się, że mamy taki zawód, że otwieramy rozgłośnie.
W Białymstoku przyuczaliśmy ludzi, po czym wróciłem do Radomia a tam dostałem sygnał, że otwiera się nowe radio w Lublinie. Nowe w sensie takim, że miejskie i było to radio Centrum. Długo nie zastanawiałem się, przyjechałem do Lublina i od października 1995 r. zacząłem tutaj pracę.

Skąd pomysł na coś takiego jak Reakcja Techniczna?
- Pomysł wziął się z mojego zamiłowania do muzyki elektronicznej. Depeche Mode wydając maxi-single zawsze miał jakieś super remiksy, tak więc ta elektronika cały czas we mnie siedziała. Ten zespół, który tworzyliśmy kiedyś to też była czysta elektronika, tylko syntezatory i komputer. Kiedyś trafiłem do klubu Graffiti na imprezę, którą organizowali Jerry i Nazir. Pamiętam, że wszedłem i przez pierwsze półtorej godziny stałem zaraz przy samym wejściu i nie mogłem się ruszyć. Bo to było coś czego ja poszukiwałem, w takim natężeniu dźwięku z takim urozmaiceniem, że mną to po prostu ruszyło.
Tak mi to spodobało się, że od razu chciałem coś z tym zrobić i pomyślałem o przeniesieniu czegoś takiego do radia. Poszukałem płyt, wtedy nie było Internetu, zdobywanie płyt to była naprawdę niezła przygoda i każdy singiel, każda płytka naprawdę liczyła się.
Wówczas jeszcze nocne programy odbywały się przy udziale realizatora i prowadzącego. Więc ja nie mówiąc nikomu w nocy o godzinie 01:30 wycisnąłem od mojego realizatora Roberta Śpiewaka pół godziny, aby dał mi możliwość pomiksowania na stole realizatorskim tych płyt, które udało się mi gdzieś tam zdobyć.
Nazwałem sobie ten program The Houer Power Music i przez jakieś pół roku ten program pojawiał się. Miałem nawet kilku gości, którzy przychodzili do radia, przynosili swoje płyty. A była to przecież późna pora a program miał swoich słuchaczy. Wtedy nikt jeszcze nie myślał w RMF-ie o Technikum Mechanizacji Muzyki. To był 95/96 rok, zaraz po otwarciu radia. Ja nikomu o tym nie mówiłem bo muzyka elektroniczna i klubowa była tutaj nieznana. Grało się różne rzeczy ale na pewno nie takie undegroundowe.
Miałem jeszcze możliwość zagrania wówczas u Szeli, na piątkowych i sobotnich imprezach w Graffiti, które święciło wtedy bardzo dobry czas, bo tak naprawdę był to jedyny obok MC taki dobry klub, gdzie można było posłuchać dobrej muzyki. Dostawałem tam pół godzinki i grałem rave-y albo trance-y, po prostu te płyty, które udało się mi zdobyć.
Wszystkie pieniądze, które zarabiałem wydawałem na kompakty, gdzie tak naprawdę wcale nie było ich dużo. Tak w to wsiąkłem, że musiałem to dalej rozwinąć w radiu. Dlatego przyznałem się do prowadzenia swojego programu i zapytałem się naczelnego, który jak prawdziwy szef był także kumplem: „Piotrek, czy mogę dostać swój program autorski?”. Wtedy z autorskich programów były: „Blus” Jurka Szeli, „Korzenie” Marcina Pospieszyla, inne rockowe klimaty.
To był akurat czas po roku, kiedy zmieniała się ramówka radia. Zaproponowałem coś takiego i Piotrek zgodził się. Chciałem koniecznie by program odbywał się w poniedziałek. Dlatego, że weekendy są beznadziejnym dniem na granie takiej muzyki, bo wtedy wszyscy bawią się na imprezach.
Jedynym nakazem była zmiana nazwy, program nie mógł nazywać się po angielsku.
Jadąc kiedyś na jakąś imprezę do Warszawy ze św. pamięci dj-em Flipem, pół drogi wymyślaliśmy nazwę. Jakoś wpadło nam do głowy Reakcja Techniczna i tak zostało.
Z nazwą związana jest też anegdota, kiedy przychodziły do mnie, do radia jakieś płyty to często były adresowane „redakcja techniczna” i zanim trafiły one do mnie, mieli je chłopcy z redakcji technicznej.
Tak to właśnie rozwinęło się i program na antenie jest już ponad 10 lat.

A czy pamiętasz jak wyglądała Twoja pierwsza Reakcja Techniczna?
- Pierwsza, najpierwszejsza?
Z tych nocnych programów to pamiętam, że gasiłem sobie światło a nawet kolega przynosił mały stroboskop, wytwarzaliśmy sobie taki kosmiczny klimat.
Z pierwszych Reakcji Technicznych trudno jest mi przypomnieć sobie. Ale pamiętam, że grałem bardzo różną muzykę. Grałem takie rzeczy, które udawało mi się zdobywać: komercyjne trance-y typu Brouklin Bounce, mocne płyty techno, The Prodigy. Misz-masz muzyczny był naprawdę okrutny. Nie ukrywam, że ja sam uczyłem się wtedy tych gatunków.
Często miałem telefony z pytaniami: czemu gram taką muzykę a nie inną? Nie da się w dwie godziny „sprzedać” wszystkiego tego, co by chcieli ludzie.
Na początku musiało to wyglądać tak jak wyglądało a najważniejsze było to, że takiej muzyki w ogóle można było posłuchać. Wtedy żadne inne rozgłośnie nie grały nawet takiej komercyjnej muzyki klubowej, chociaż nie tylko taka się pojawiała. Pamiętam też taki moment, kiedy dj Flip otworzył na moment pierwszy w Lublinie sklep z winylami, który trwał trzy miesiące. Wtedy przywiózł on z Niemiec kilkadziesiąt kompaktów, tak więc przez pewien okres miałem bardzo dużo muzyki do grania.

Jesteś nie tylko radiowcem ale także dj-em oraz organizatorem imprez. Czy radio pomaga ci w tym, co robisz poza nim?
- Myślę, że radio to taka niezła tuba, za pomocą której można dotrzeć do większej ilości ludzi.
Jest na przykład mnóstwo ludzi, którzy na imprezę bardzo chętnie przyjdą ale mogą o niej nie wiedzieć. Zawsze uważałem, że są potrzebne plakaty, że plakat musi wyglądać dobrze bo jeśli plakat będzie wyglądał źle to ktoś może pomyśleć sobie, że impreza będzie zła. Chociaż teraz to troszkę się zmienia, ale kiedyś mentalność była tez inna.
Udało się mi wprowadzić radio do klubu Graffiti i w ten sposób promować te imprezy pod patronatem rozgłośni a w klubie promować radio. Tak, aby ludzie kojarzyli, że radio Centrum jest radiem dla młodych ludzi i też otwartym na muzykę klubową. Taka muzyka coraz bardziej wchodziła w życie i im dłużej działało radio to tym bardziej to rozkręcało się. Coraz więcej ludzi słuchało takiej muzyki, chciało być dj-ami, no i skąd mogli oni czerpać informacje o tym? Najlepiej z radia właśnie.
Jeszcze nie było wtedy tak dobrze rozwiniętego Internetu, chociaż w radiu mieliśmy Internet od samego początku istnienia radia, ale był on jeszcze raczkujący i niewiele to dawało.
Dużo pomogło mi radio, i to na pewno dużo. Dlatego, że mogę promować imprezy, nie tylko swoje. Zawsze staram się promować imprezy takie naprawdę wartościowe, bo gdybym chciał promować wszystkie imprezy to mógłbym na pół godziny w ogóle wyłączyć muzykę i tylko gadać, gadać. Wtedy człowiek dostając taką porcję informacji to nie wie już gdzie się wybrać.
Dlatego zawsze odsyłam do stron internetowych, żaden problem – każdy już teraz może do Internetu się dostać i tam znaleźć szczegóły o każdej imprezie.

Znany jesteś przede wszystkim jako dj Boombel. Od kiedy jesteś dj-em i skąd wzięła się Twoja ksywka?
- Śmieszna historia związana jest z tym pseudonimem, w ogóle pseudonim Bąbel dostałem w czwartej klasie szkoły podstawowej na zimowisku harcerskim, kiedy jedząc na stołówce śniadanie czy kolację stwierdziłem, że wszyscy mają przezwiska a ja nie mam. Więc mój opiekun między jedną łyżką zupy a drugą stwierdził, że „będziesz bąbel albo karaluch”. Powiedziałem, że chcę być bąbel a on, że będę karaluch. Wszyscy wybuchli śmiechem i tak już zostało. Ale to taka historia bąblowa.
A jeśli chodzi o Boombla, to kiedyś Marcin Pospiszyl, czyli Profesor Dred zostawił mi kartkę na tablicy – w ogóle do tej pory taka moda panuje u nas w radiu, że jeśli ktoś ma nazwisko które da się jakoś przekręcić albo zamienić na rysunek to tak się zostawia coś, i tak właśnie kiedyś Marcin-Marcin zostawił mi informację pisząc Boombel. Wtedy nie myślałem, że będzie to związane ze mną tyle lat, każdy dj ma jakąś ksywę więc co ja będę sobie wymyślał i zostało tak, i przez długie lata był.

A właśnie, dlaczego zmieniłeś swoją ksywę z Boombel na Alan White?
- Kiedyś farbowałem dość długo włosy na biało i tak się śmiali ze mnie, że biały.
Źle to się kojarzyło, więc nie chciałem się tak nazywać...
A Alan jest to imię mojego ulubionego muzyka z Depeche Mode. Tak więc Alan White.
A powód to w jakiś sposób Public Relations. Jednak ważne jest to by ludzie kojarzyli człowieka nie tylko z tym jak chodził do czwartej klasy podstawówki, ale też jeżeli już robisz coś na poważnie... Jeśli miałbym np. czterdzieści pięć lat to musiałbym naprawdę się najeść by wyglądać jak ten boombel.
Też parę osób zasugerowało mi – dj-ów, że łatwiej będzie mi pewne rzeczy osiągnąć jeśli ta ksywa będzie inna. Sam wiesz jak u ciebie z tym jest – Krzychul. Trochę głupio o tym mówić ale to bardziej taka dziecinna ksywa, bardziej pseudonim podwórkowy. A jeśli chcesz coś robić już poważnie to też trzeba też i o tym pomyśleć.

Grałeś w wielu miejscach w Polsce, czy porównując granie na wyjazdach i to lokalne widzisz odczuwalną różnicę?
- Wszystko zależy od okresu. Były okresy, kiedy rzeczywiście niewiele działo się w Lublinie a działo się wiele w Polsce i jeździło się na różne imprezy...
W ogóle sam wyjazd na imprezę to zawsze jest jakaś przygoda. Zawsze jeździło się ekipą – chociaż bywały wyjazdy do Szczecina po 10/11 godzin, tam grało się godzinę i wracało się następne 10/11 godzin, i człowiek był szczęśliwy.
Teraz wszyscy narzekają. Ja uważam, że w Lublinie jest naprawdę świetnie - jest dobrze. Nie jest tak, że mamy dwa kluby na krzyż. Wszyscy mówią, że nie ma prawdziwego klubu, no to co? To mamy dyskoteki. W takim razie jesteśmy dyskotekowcami i chodzimy do dyskotek. Wszyscy, którzy bawią się w klubach w Lublinie czyli w dyskotekach są dyskotekowcami. Więc albo mamy kluby w Lublinie albo ich nie mamy i jesteśmy dyskotekowcami, albo jesteśmy „pabowcami”.
Ja uważam, że są kluby (chociaż teraz i dyskoteki potrafią nazywać się klubami, ale to jest inna sprawa). Uważam, że jest w naszym mieście kilka miejsc wartych uwagi. No niestety ale teraz już tak jest, że na „undegroundzie” można jechać jakiś czas ale żaden klub nie pozwoli sobie na to aby robić imprezy dla grupki fanatyków tylko dlatego by sprawić im przyjemność.
Klub to jest biznes. Ważne jest jak to połączyć, muzykę undeground-ową sprzedać komercyjnie. Czyli jak zrobić imprezę Techno by przyszło na nią dużo ludzi. A można powiedzieć, że Techno jest komercją? Ja tak nie uważam, bo tak naprawdę w Lublinie może dwa kluby grają Techno, a potrafi na takie imprezy przyjść mnóstwo ludzi.
To też kwestia sprzedania tego i oddania ludziom.
Myślę, że nie mamy czego wstydzić się przed Krakowem, Poznaniem, Wrocławiem – w którym praktycznie nic się nie dzieje...
Mamy naprawdę sporo klubików, klubów – większych, mniejszych. Teraz otworzyły się kolejne. Pozostawiam poziom tego bo to już jest kwestia gustu. Jedni bawią się w takich inni w innych, ale gdyby dobrze się nie sprzedawały to by je pozamykali. I nie mówię o tym, że tam jest cały czas świetna muzyka, chociażby tak jak w Graffiti – są imprezy hiphop-owe, są imprezy rockowe, popowe, jest salsa, ale jest i techno, i house; i jakoś to wszystko funkcjonuje.
Dzięki temu można sobie pozwolić na to by zrobić imprezę Techno, zaprosić gwiazdę a klub nie musi obgryzać paznokci i martwić się... Chociaż wiem, że każdy klub martwi się o byt. W każdym klubie w Lublinie, w Krakowie czy innym mieście są różne imprezy. Bo to nie jest Londyn ani Ibiza, gdzie przyjeżdża do nas 500 tyś. ludzi którzy chcą chodzić tylko na takie imprezy.

Kiedyś był boom na Techno, teraz jest czas muzyki House. Co sądzisz o przemianie, która dokonała się w ciągu ostatnich lat?
- Myślę, że to jest właśnie kwestia wyjścia do tej szerokiej publiczności, która z „Marchewkowego pola”, które kiedyś grane było w klubie MC czy rockowych przebojów T-Lowe nagle zobaczyła, że coś zaczęło się zmieniać.
Telewizje muzyczne, reklamy – gdzie się nie obejrzeć to dj.
Torby dj-skie, które kiedyś były tylko do płyt, teraz noszone są przez wszystkich. Po prostu taka moda przyszła na dji i przyszła moda na House. Pewnie dlatego, że jest on najbardziej przyswajalny, że jest na topie, wszyscy chcą być „trendi”...
No niestety ma to swój minus, ale ma też swój plus, bo lepiej jak grają House niż mieliby grać jakieś „tralaluśki” – ten House nie jest więc taki zły.
A Techno? Techno ma specyficznego odbiorcę. Nie jest to muzyka, gdzie przychodzi się do klubu by po prostu potańczyć. Nie, na Techno idzie się specjalnie.
Uważam to za undeground, chociaż ludzie zarzucają: co to za undeground gdy przychodzi 500 osób? Gwarantuję, że gdyby zagrać Techno w tych klubach gdzie grają na co dzień House – to wszyscy wyjdą. Po prostu taka muzyka nie podpasuje. Ludzie muszą specjalnie wybierać się na dany rodzaj muzyki - na Techno czy Drumnbass tak jak za starych czasów, ze szło się do klubu i wiedziało się na co się idzie.
I to pasuje mi w Graffiti. Mówię tak o tym klubie bo cały czas siedzę tam i wiem jak to wygląda. Nie wiem jakby wyglądało to gdyby Graffiti mieściło się na Krakowskim albo na Skłodowskiej. Na pewno, kiedy robi się imprezę w klubie Graffiti to ludzie, którzy tam przychodzą są tam nie dlatego, że przechodzili obok klubu tylko specjalnie na nią przyszli.

Co sądzisz o problemie narkotyków na imprezach i związanych z tym faktem klubowiczach?
- Narkotyki przyszły do nas tak jak wszystko po 89-tym roku. Tak samo jak samo jak tanie jinsy, banany, pomarańcze, coca-cola, tak samo przyszły narkotyki i muzyka klubowa. Zawsze śmieję się z ludzi, którzy mówią, że przez muzykę klubowa i Techno są teraz narkotyki. A były one przecież na Woodstok – wystarczy tylko o tym sobie przypomnieć, nie mówiąc o innych historiach. Każdy ma swój rozum i każdy decyduje za siebie, ale myślę że można bawić się świetnie bez narkotyków – znam wielu takich ludzi, sam jestem takim przykładem. Wolę wypić dwie pięćdziesiątki wódki przed graniem i to mnie bardziej rajcuje.
Nie ukrywam tego, że też próbowałem i też świetnie się bawiłem ale jest to raz, krótka zabawa a dwa, trzeba mieć naprawdę mocne postanowienie aby pozwolić sobie potem z tego wyjść bo niektórzy tracą nie tylko przyjacioł, szkoły, pracę, dom ale tracą zdrowie przede wszystkim. Więc trzeba zadać sobie pytanie: czy jestem na tyle mocny, że mogę spróbować i wiem że się nie wciągnę?

Często sprowadzasz do naszego miasta różne sławy, o których niewiele osób słyszało. Czy czujesz się odpowiedzialny za szerzenie muzyki elektronicznej w naszym mieście?
- Hmm. Może odpowiedzialny to nie. Na pewno staram się sprzedawać ludziom to, co mogę. Dzięki radiu, dzięki współpracy z klubem Graffiti – pewnie gdyby nie te dwie rzeczy to pewnie byłoby mi trudniej. Tak to wszystko jakoś ułożyło się, że dzięki tym dwóm czynnikom mam takie możliwości. Sądzę, że wiele osób będąc na moim miejscu robiłoby podobnie. Nie czuję jakiejś specjalnej misji żeby robić komuś tylko dobrze, chociaż staram się robić tak by zapraszać kogoś kto fajnie gra i super jest kiedy widzę na sali 500 uśmiechniętych mordek i wszyscy bawią się, tańczą. Może nie wszystkim może to pasować ale po takiej imprezie człowiek czuje się spełniony.
Mam takie możliwości i to robię – nie staram się uszczęśliwiać ludzi na siłę.
Cieszę się, że są ludzie którzy to doceniają. Czasem spotykam ludzi, już z dziećmi, którzy pracują, mówią: aaa, pamiętam Techno Speed, było zajebiście – to jest jeszcze grane? Super!
Potrafili wtedy przyjść i powiedzieć, że impreza była do dupy, ale jednak po latach doceniają to. Fajnie jest mieć swoją imprezę na której możesz ludziom prezentować coś i przy okazji edukować ich. Bo jeżeli ktoś ma 17 lat czy 18 i dopiero wchodzi w ten klimat to nie zawsze może wiedzieć: kto, z kim i dlaczego.
Może teraz jest łatwiej bo większość klubów zaprasza dji, ale kiedyś gdy było tylko Graffiti to była rzeczywiście super edukacja. I myślę, że gdyby nie było wtedy klubu Graffiti to pewnie w naszym mieście nic by się nie działo.
Czuję się natomist współudziałowcem tworzenia lubelskiej sceny elektronicznej, może dlatego że robię to tak długo. Myślę, że gdyby ktoś zaczął to w tym samym czasie kiedy ja i robił to do tej pory to też pewnie by się tak czuł.
Mija już ponad 10 lat i mam tylu samo zwolenników co przeciwników.

Czyli grasz od czasów taśmy po erę mp3. Jaki stosunek masz do grania z nowych nośników?
- Jestem zwolennikiem czarnej płyty i unikam grania z płyt kompaktowych i empetrójek. Po prostu z miłości do czarnego krążka. Nie to, że mam jakiś wstręt albo coś...
Jest tak, że szlag mnie trafia kiedy staram się zdobyć płytę na winylu, która jest droższa niż kompakt po czym jadę na imprezę a koleś zapina ten numer z mp3 bo po prostu wklepał jego nazwę do netu i go kupił. No i ktoś może sobie tak grać połowę mojego case’a z empetrójek... Ja uwielbiam jeździć do sklepów, nie lubię kupować z Internetu. Lubię wyjeżdżać i kupować płyty winylowe w sklepie. 90% płyt, które kupuję to są płyty z wyjazdów.
Wejście do sklepu, zapach płyt, przesiadywanie i wyciągnięcie płyt, które właśnie dzisiaj wyszły albo płyty, których w necie nie dostaniesz bo są whitelabelami albo wyjątkowymi rzeczami wyciągniętymi spod lady są zupełnie czymś innym niż siedzenie w domu i kupowanie. To jest cała przygoda.

Co porabiasz teraz, czym się zajmujesz oprócz radia i jakie masz plany na przyszłość? Bo nie jesteś już młodym człowiekiem, prawda?
- Jeszcze jezusowy wiek nie dotarł do mnie. W najbliższym czasie planuję zgrabić i skopać ogródek, bo przyszła wiosna, to na pewno. A z muzycznych spraw to na pewno będę starał się cały czas organizować imprezy. W pewnym momencie udało się mi wydłubać w końcu coś swojego i wspólnie z Emsonem zrobiliśmy remiks dla grupy Telewizor. I przyznam się szczerze, że było dużo innych pomysłów i projektów ale człowiek nie może się zebrać, bo jak nie jedna impreza to druga, jak nie trzecia to następny weekend i jakoś tak nie mogę się zebrać by zespolić sobie sprzęt, gdzieś tam sobie siedzieć i tworzyć muzę.
A przyszłościowo? No cóż, liczę na to że coraz częściej uda się mi bywać za granicą i grać tam bo można poznać fajnych ludzi. Będę starał się utrzymywać program w radiu, organizować imprezy, no robić to, co robię. Na pewno chciałbym robić więcej swojej muzyki i gdzieś ją pokazywać, tylko brakuje czasu i kopa w tyłek.